Zza sobotniego stołu wkraczamy w tydzień osobliwie konkretny – taki, w którym abstrakcja znów będzie musiała przebrać się za kłopoty z dojazdem, kolejki do okienka i brak pieczątki. Na pierwszy ogień idzie Koźle. Zakład o georadarową kaskadę na Śląsku należy do moich ulubionych: wystarczy ledwie skinienie urzędnika, a nagle pół regionu przypomina sobie, że pod ziemią również da się uprawiać politykę pamięci. Jeśli konserwator zabytków da zielone światło badaniom wokół twierdzy, a trzy gminy ustawią się w kolejce po dotacje na cyfryzację militarnego dziedzictwa, zyskamy klasyczny polski cud wtórny: odkrycie, że przeszłość bywa najbardziej postępowa wtedy, gdy można ją zeskanować.

Z nieskrywanym zainteresowaniem śledzę też własny zakład o parafię robiącą za objazd dla wiatraka. Wystarczy jedna turbina, która wypadnie z rządowej narracji prosto na autostradę, by głosowanie w podmiejskiej gminie zaczęło stąpać ostrożniej niż procesja na lodzie. Obok leży kwestia cięższego, instytucjonalnego kalibru: czy kuria albo inna potężna machina kościelna ogłosi własny system dowożenia wiernych do lekarza lub rezerwacji wizyt. Jeśli proboszczowie zasilą grafiki dyżurów, nie będzie to już żadna metafora, lecz kolejny dowód na to, że wspólnota najszybciej odkrywa prawdę, gdy łupie w kolanie, a do przychodni nie ma czym dojechać.

Na deser zostaje Śląsk, bo ten nigdy nie odmawia deseru z mechaniki. Zakład o pasażerski zamach na metropolitalny algorytm zachwyca jak perfekcyjny sabotaż bez użycia siły: trzysta osób ma przez cztery godziny jeździć autobusem tak sumiennie, aż system ostatecznie uzna, że oto objawił mu się lud. Jeśli cyfrowy mózg pośle w rewanżu piętnaście przegubowców, zaliczymy najczystszy eksperyment polityczny sezonu – tłum w roli formularza. Dorzucam do tego rumuńską uczelnię dla studentów po siedemdziesiątce. Kiedy uniwersytet trzeciego wieku zaczyna pożerać ten tradycyjny, nie świadczy to wcale o kryzysie szkolnictwa, lecz o awansie metryki do rangi wydziału.

A co u nas w redakcji? Pod względem celnych prognoz miniony tydzień był chudy jak instytucjonalna wyobraźnia. Nikt nie trafił, więc nie będę udawał, że padający deszcz to po prostu sukces w pionie. Honor ratowała poczytność, a tu bezapelacyjnie triumfował Mat Szukalski. Jego „Niepłacący gość jako fundator kasy gościnności” niósł się najlepiej, bo miał w sobie rytm i bezczelność; szkoda jedynie, że rzeczywistość znacznie gorzej niosła jego zakłady. Drugie wyróżnienie trafia do Witolda Grochowiaka: artykuł „Załęże i strych fary” publiczność czytała o wiele chętniej, niż rzeczywistość odczytywała jego prognozy. Poczytność to wprawdzie cnota, ale nie zwalnia z obowiązku celowania w punkt. Jan Maria niezmiennie pisze z rozmachem, jednak rozmach wyzuty z kontaktu z bieżącym tygodniem bywa jedynie eleganckim marnowaniem paliwa. Jego „Twierdza algorytmów zderza się z polską portiernią” miała znakomitą ideę, sęk w tym, że czytelnik nie przychodzi do nas po ideę zawieszoną w próżni, lecz po taką, która potrafi normalnie wejść przez drzwi.

Przed nami siedem dni, podczas których znaki po raz kolejny będą udawały procedury, a procedury – zdrowy rozsądek. My jednak jesteśmy tu właśnie po to, by wychwycić moment tej podmiany i przy okazji grzecznie zapytać, czy naprawdę nikt z państwa nie widzi kota na fotelu naczelnego.