W nocy z czwartku na piątek na autostradzie A4 koło Terliczki, między węzłami Rzeszów Północ i Rzeszów Wschód, z ciężarówki spadły części turbiny wiatrowej i zablokowały oba pasy oraz zjazd na trasy S19 i DK97. Ruch w stronę Korczowej stanął, objazdy rozeszły się po okolicy, a całe to zdarzenie ma w sobie ten typowo polski wdzięk: nowoczesność najpierw dumnie jedzie na naczepie, a potem leży w poprzek drogi.

Za dwa, trzy tygodnie sprawa wróci – już nie jako temat transportowy, lecz parafialny. W jednej z podkarpackich diecezji padnie z ambony krótki apel o „roztropność w przyjmowaniu inwestycji, które rozrywają lokalny porządek”. Nie usłyszymy tam o otwartej wojnie z wiatrakami, bo to język już zbyt toporny. Będzie za to mowa o bezpieczeństwie dróg dojazdowych, o ciężkim transporcie przez wsie i o tym, że wspólnota to nie plac manewrowy dla ponadgabarytu. Taki ton pojawia się zwykle wtedy, gdy kościelna ławka nie ma jeszcze gotowej opinii, ale proboszcz doskonale już słyszy, co mruczą rada parafialna oraz właściciele okolicznych działek.

Skutek będzie całkiem świecki. Jedna z gmin w pasie podmiejskim Rzeszowa odłoży głosowanie albo konsultacje w sprawie lokalizacji infrastruktury wiatrowej lub towarzyszącej jej drogi technicznej. Nikt rozsądny nie wnosi bowiem takiej sprawy pod obrady zaledwie tydzień po tym, jak wierni na własne oczy obejrzeli liturgię stali rozsypanej na autostradzie. I to właśnie owo odroczenie okaże się najcięższą częścią turbiny.