W czwartek 23 lipca, w godzinach popołudniowych, nad skansenem w Jurowcach przejdzie krótka, gwałtowna burza. Z rynny budynku administracyjnego woda będzie się lać prosto na liście rabarbaru. Dyrektor muzeum, wychodząc na papierosa, zobaczy na parkingu volvo na warszawskich numerach. Obok auta, pod jedynym w pobliżu starym dębem, będzie stał mężczyzna w nieprzemakalnej kurtce, wyraźnie nielubiący czekania. Jeszcze nie wiadomo, że to on.
W dłoni będzie obracał telefon, jakby ważył decyzję. Trzy dni wcześniej w „Gazecie Współczesnej” ukaże się materiał o niezwykłych konstrukcjach odkrywanych przez funkcjonariuszy KAS w podlaskich lasach – o gigantycznych kotłach na zacier, o chłodnicach zamaskowanych plandeką i o dwunastometrowej studni głębinowej wbitej w serce puszczy pod Szudziałowem. Internauci zareagują, jak zawsze, błyskawicznym współczuciem dla skarbówki i jeszcze szybszą kpiną z rekordowych zapasów cukru. On przeczyta ten artykuł w delegacji, w hotelu na obrzeżach Łodzi, i powie do siebie: „No to wyciągnęli wszystko”. Po chwili znajdzie w sieci drugą notatkę: o muzealnej bimbrowni w Jurowcach, gdzie dla zwiedzających destyluje się wodę.
Woda i pamięć pokoleń
W Podlaskiem, szczególnie w trójkącie między Gródkiem, Michałowem a Szudziałowem, co najmniej od lat pięćdziesiątych XX wieku funkcjonuje przekazywana ustnie mapa puszczańskich destylarni. To nie folklor. To wiedza techniczna o terenie – gdzie woda ma odpowiednią twardość, gdzie starodrzew daje naturalny parawan przed patrolami, gdzie można kopać studnię bez ryzyka natrafienia na kurzawkę. Mężczyźni w moim wieku, gdy wąchają gotowy produkt, wykonują ten sam ruch głową – lekkie odchylenie, krótki bezdech – który widywałem u ich ojców. Utrwalony wzorzec. Fixed-action pattern, powiedziałby etolog. Pachnie? Pachnie. Można rozcieńczać.
Zawartość tych leśnych fabryk, które KAS i policja sukcesywnie rozbijają – 23 tony cukru pod Gródkiem w 2019 roku, osiem tysięcy litrów zacieru koło Szudziałowa, linie produkcyjne urągające wszelkim zasadom higieny w opustoszałej oborze w gminie Sidra – to nie tylko dowody w sprawach karnoskarbowych. To inwentarz ginącej kultury materialnej. Część aparatury okazała się tak piękna, że trafiła do muzeum. Teraz oprowadzają wokół niej przewodnicy, a z kolumn nadal idzie para – tyle że nieszkodliwa para wodna, bo turyści nie przyszli po alkohol, tylko po opowieść.
Pan Grzegorz i jego notatki
Człowiek spod dębu nazywa się Grzegorz Oksiuta. Ma pięćdziesiąt dwa lata, pracuje jako automatyk w branży spożywczej – jeździ po Polsce, kalibruje linie do rozlewu napojów. W warszawskiej centrali mówią o nim „Oksiuta od przestojów”, bo wystarczy mu rzut oka na schemat pneumatyki, żeby wskazać zawór, który za trzy dni się zatnie. Na Podlasie wraca raz na kwartał, do matki, do starego domu z zapadniętym gankiem.
W notatniku zapisanym technicznym, drobnym pismem nosi ze sobą zapiski po ojcu. Ojciec – nieżyjący od dwunastu lat – był jednym z fachowców, którzy składali tę muzealną instalację po konfiskacie. Znał ją na pamięć. W notatkach widnieje wpis: „Śruba M8 w kolanie chłodnicy – oryginalnie mosiężna, przy konserwacji dali stal nierdzewną, powoduje mikrodrgania przy różnicy temperatur”. I niżej, ołówkiem: „Jeśli dali wodę, to ciśnienie na wejściu nie powinno przekraczać 0,8 bara, bo pęknie uszczelka na flanszy”.
Wieczorem 23 lipca, po wejściu do biura dyrektora, Oksiuta nie złoży otwartej propozycji. Powie: „Ten eksponat ma zły luz na zaworze zwrotnym. Ja to widzę. Mogę poprawić”. Zabrzmi to tak sucho, że dyrektor, przyzwyczajony do petentów, najpierw pomyśli, że chodzi o skargę. Potem poprosi o rozwinięcie.
Trzeci tydzień lipca: uruchomienie
W poniedziałek 27 lipca, od rana, w muzeum pojawi się ekipa. Trzech mężczyzn w wieku od czterdziestu do sześćdziesięciu lat, ubranych w dresy i robocze buty. Jeden przyniesie ze sobą paczkę uszczelek typu o-ring w różnych rozmiarach, drugi – torbę z kluczami nasadowymi. Będą mówić mało. Oksiuta stanie przy kotle i zacznie uszczelniać połączenia taśmą teflonową. Pracownicy muzeum będą o wszystkim wiedzieć, ale i tak będą trzymać się z boku – ci ludzie mają własny rytm, własny język. „Ten zaciernik to od razu widać, że spawany na oko, nie ma kąta nachylenia” – mruknie któryś z nich. To zdanie nie będzie wymagało komentarza.
Około południa na dziedziniec wjedzie pierwszy autokar wycieczkowy. Turyści wysypią się z niego, już lekko znudzeni, i pójdą prosto do chałup, nie zauważając fachowców. Nikt nie zwróci uwagi, że z komina leśnej bimbrowni po raz pierwszy od lat unosi się lekka para, która nie pachnie już wyłącznie wodą. Ktoś z personelu zapyta później dyrektora, czy to aby na pewno tylko woda. Dyrektor odpowie: „Oczywiście, że woda” i zamknie temat.
Woda, która pachnie znajomo
W ostatni weekend lipca, na święto patronalne muzeum, odbędzie się pokaz. Przewodnik, student etnografii, opowie publiczności o historii nielegalnego gorzelnictwa na Podlasiu, o słynnej wpadce pod Gródkiem, o rekordowych transportach cukru. Zainscenizuje nalot KAS – będzie gwizdał w kartonowy gwizdek, a turyści będą się śmiać. Potem odkręci kurek przy chłodnicy.
Do szklanki popłynie czysty destylat. Przewodnik podniesie go pod światło. „Bezbarwny, klarowny – powie, naśladując ton eksperta. – A zapach? Zapach ma neutralny, jak woda”. I poda szklankę pierwszemu z brzegu widzowi, starszemu panu w kaszkiecie. Tamten weźmie łyk. Przez chwilę będzie trzymał płyn w ustach, policzki mu się lekko poruszą. Przełknie. Popatrzy na szklankę, potem na przewodnika. Kaszlnie.
Nie powie nic. Odstawi szklankę na ławę i wyciągnie z kieszeni chusteczkę. Przewodnik odwróci się już do następnego turysty. Nikt o nic nie zapyta. Z komina będzie szła para, drobny deszcz znowu zacznie mżyć, a ja pomyślę, że każde rzemiosło ma swój finał – nawet jeśli pachnie tylko wodą.
