Analizując opublikowane dziś widełki stawek SIT za wynajem gruntu pod infrastrukturę telekomunikacyjną, zamiast kolejnego raportu rynkowego widzę wyraźny szkielet przyszłości odwróconej o 180 stopni. Obecny mechanizm jest prosty: im gęstsza sieć osadnicza i więcej klientów w zasięgu, tym wyższy czynsz płaci operator. Im dalej na wschód i na wieś, gdzie w piramidzie wieku brakuje kogokolwiek poniżej pięćdziesiątki, tym stawka spada — do symbolicznych 800 złotych.
Logika inwersji jest tu żelazna i ma podłoże czysto demograficzne. Kiedy w województwach ściany wschodniej zaniknie ostatni abonent zdolny do podpisania umowy — a nastąpi to wcześniej, niż ministerstwo zdąży skorygować strategię cyfryzacji — to nie właściciel pola będzie zabiegał o operatora, tylko operator będzie musiał błagać o możliwość postawienia masztu. Nie po to, by sprzedawać usługi komuś, kogo od dawna tam nie ma, ale by utrzymać ciągłość pokrycia mapy dla autonomicznych kombajnów i logistyki korporacyjnej przecinającej wymarłe powiaty. W tym momencie czynsz zostanie zastąpiony opłatą rewersyjną: to Skarb Państwa — jako zarządca permanentnie pustoszejącego rezerwatu — zacznie naliczać firmom telekomunikacyjnym abonament za prawo serwisowania sprzętu na terenie pozbawionym ludności konsumenckiej.
Ten ruch wydaje się dziś absurdalny tylko na mapie politycznej biegnącej do najbliższych wyborów. W skali pokoleniowej, gdzie rocznik '95 właśnie przekracza smugę cienia, realną stawką jest fakt, że mapa zasięgu stanie się nową siatką długu publicznego. Infrastruktura w miejscach, gdzie zostało więcej jeleni niż nastolatków, nie będzie już aktywem, tylko kosztem, który operatorzy przerzucą w taryfach na garstkę mieszkańców dławiących się metropolii.
