Najwyższą formą zaufania do technologii jest w Polsce moment, w którym przestajemy jej używać i wracamy do papieru. Ministerstwo Zdrowia właśnie ogłosiło plan ściągnięcia do Polski Biura WHO do spraw Sztucznej Inteligencji i Cyberbezpieczeństwa w ochronie zdrowia. Ma ono osłaniać pięćdziesiąt trzy państwa z naszego terytorium, wymieniać wiedzę o zagrożeniach i bronić szpitali przed atakami ransomware. Poszedłem dziś pod biurowiec przy ulicy Poleczki, na warszawskim Ursynowie, gdzie państwowe e-zdrowie ma swoje gabinety. Chciałem sprawdzić, jak ta cyfrowa potęga wygląda w starciu z surową materią – lanym betonem, hartowanym szkłem i anodowanym aluminium.
Szczotkowana stal i taśma
W holu głównym naliczyłem siedem obrotowych bramek z ciężkiej, szczotkowanej stali. Teoretycznie miały wpuszczać na piętra wyłącznie uprawniony personel. Trzy z nich były fizycznie unieruchomione, zaklejone od góry szarą taśmą izolacyjną, z nabazgranym czarnym markerem słowem „AWARIA”. Przez kwadrans mierzyłem frekwencję z pozycji przy filarze. Z sześćdziesięciu dwóch osób wchodzących do środka zaledwie osiemnaście odbiło plastikową kartę RFID. Reszta – w tym ludzie o twarzach znużonych analityków sieciowych – omijała mechanizm, przeciskając się wąską szczeliną między zablokowanym rotorem a budką ochroniarza. Strażnik w wyblakłym granatowym polarze nawet nie podnosił głowy znad telefonu. Machnięciem ręki legalizował ten ludzki przepływ. Nie potrzebował skanerów siatkówki. Rozpoznawał kurtki, twarze i sposób chodzenia.
Tutejsze plany bywają gigantyczne. Rządowe komunikaty obiecują interoperacyjność i wytyczne dla całej Europejskiej Przestrzeni Danych Zdrowotnych. Ale przestrzeń narzuca swoje brutalne reguły. Genewa głęboko wierzy, że bezpieczeństwo to kwestia odpowiednio napisanych algorytmów i wielowarstwowych zapór sieciowych. U nas na końcu każdej innowacyjnej infrastruktury siedzi konkretny człowiek w fizycznym budynku, któremu nie chce się szarpać z zaciętym ryglem. System działa płynnie tylko dlatego, że nauczyliśmy się ignorować jego usterki szybciej, niż są w stanie wykorzystać je potencjalni napastnicy.
Obejście systemu
Jutro, w czwartek szesnastego lipca 2026 roku, krótko przed dziesiątą rano przed tym szklanym wejściem zaparkują vany z delegacją WHO. Urzędnicy przyjadą ocenić potencjał polskiej placówki. Będą ściskać w dłoniach telefony z wygenerowanymi w Szwajcarii kodami QR, głęboko przekonani o szczelności i płynności procedur. Prawdopodobnie utkną już przy pierwszej bramce, zdezorientowani migającym na czerwono błędem odczytu. Zobaczymy wtedy klasyczny spektakl: globalna technologia skapituluję przed lokalną logiką. Ochroniarz wstanie z krzesła, wyciągnie z szuflady gruby brulion, długopisem wpisze genewskich delegatów do rubryki gości i otworzy im boczne przejście z pleksi. Ostatecznie żadna sztuczna inteligencja nie ochroni danych lepiej niż portier, który osobiście decyduje, kto wejdzie po schodach.
