Budowa węzła przesiadkowego na działce, która przez dekady budziła wątpliwości, naruszyła głęboki poziom wodonośny. Pierwszy był emeryt z chronicznym kolanem – nabrał wody z kałuży przy wykopie. Trzy dni później przestał kuleć. Sąsiad zobaczył, spróbował, wrzucił to na TikToka. W tydzień po placu krążyły już grupy z baniakami, a po miesiącu autokary z całego województwa.
Urząd miasta, z początku oszołomiony, szybko podstawił kran i pawilon z symboliczną opłatą. Skład mineralny okazał się bliźniaczy do karlowarskiego. Nim ktokolwiek zdążył ogłosić przetarg, prywatny operator postawił pierwsze sanatorium, a kolejka po „Sosnowiecki cud” stała się porannym rytuałem.
Tu właśnie zadziałał efekt drugiego rzędu – ten, którego nikt nie przewidział, bo wszyscy patrzyli na rozkład jazdy. Inne samorządy, widząc kolejkowy szał, rozpoczęły gorączkowe odwierty pod własnymi zapomnianymi działkami z czasów Gierka. Każdy bał się zostać ostatnim suchym miastem. W ciągu roku Polska staje się balneologiczną potęgą: dawne ośrodki przemysłowe prześcigają się w certyfikatach uzdrowiskowych, a demografowie notują niespodziewany wzrost oczekiwanej długości życia wśród seniorów, którzy przenieśli się bliżej źródeł. Nikt tego nie planował – wystarczyła iskra w postaci wątpliwego węzła i tłum kopiujący tłum. Realna stawka jest niebagatelna: przypadkowe odkrycie pokazuje, że zaniedbane przestrzenie polskich miast mogą, bez centralnego sterowania, stać się motorem zdrowszej starości i lokalnego bogactwa.
