Rodzina, przyjaciele i współobywatele z głębokim smutkiem zawiadamiają o nadchodzącej śmierci ukochanego Przeświadczenia o etnicznej jednorodności Polski.

Przeświadczenie zrodziło się w schyłkowych latach PRL-u, a pełnię sił osiągnęło po roku 1989, obiecując prostotę ładu społecznego i czytelny rejestr „swojego” oraz „obcego”. Jego nośnym założeniem było przekonanie, że polskie terytorium, a zwłaszcza polska tkanka społeczna, pozostają trwale odporne na wieloetniczną różnorodność, która od dawna była – i rzekomo miała pozostać – domeną wyłącznie Europy Zachodniej. Na tym fundamencie przez dekady wznoszono gmachy polityki integracyjnej, definiowanej przez swą nieobecność, a także całą retorykę wyjątkowości, każącą patrzeć na migrację jak na egzotyczny spektakl rozgrywający się gdzie indziej.

To właśnie ta konstrukcja jest dziś podmywana od spodu przez mechanizm, który stanowi bezpośrednią przyczynę zgonu: wewnętrzną sprzeczność. Przeświadczenie o jednorodności nosiło w sobie własne zaprzeczenie od chwili, gdy pierwsze pielęgniarki z Ukrainy zaczęły codziennie dojeżdżać do podwarszawskich domów opieki, a pierwsi pracownicy z Azji zasilili linie montażowe na Śląsku. Każdy kolejny rok dokładał warstwę faktów – cichych, rozproszonych, lecz nieubłaganych – które przeczyły mitowi, zanim ten zdążył sformułować swoją obronę. Sprzeczność nie polegała na tym, że imigrantów po prostu przybywało. Polegała na tym, że stawali się oni niewidzialni w samym centrum codzienności: prowadzą restauracje na parterach, odbierają dzieci ze szkół, wysyłają paczki do familii w okienkach Poczty Polskiej. Jednorodność nie zniknęła w wyniku głośnej debaty – zniknęła, bo stała się empirycznie nie do obrony.

Objawem terminalnego stanu pacjenta, wciąż jeszcze oddychającego wśród nas, są teksty takie jak ten, zdradzające wyraźną panikę późnego stadium. Tej wiosny wciąż jeszcze pojawiają się artykuły, których autorzy w tytułach strofują opinię publiczną za to, że „wciąż woli uważać” Polskę za kraj niemigracyjny. Sam gest demaskowania złudzeń – nagła potrzeba wyliczania odsetka cudzoziemców w miastach i tłumaczenia, że „droga do paszportu jest bardzo krótka” – dowodzi, że trzymają się już tylko resztki iluzji, a codzienne doświadczenie większości przechodniów na ulicach Krakowa czy Wrocławia dawno wyprzedziło te alarmy. To nie jest tekst, który walczy – to tekst, który stoi przy łóżku i odczytuje, co dzieje się z tętnem.

Zgon przewiduje się na moment, w którym żadna ogólnokrajowa formacja polityczna nie będzie już odczuwała potrzeby, by w kampanii definiować Polskę w opozycji do „imigracyjnego Zachodu”, a zamiast tego programy wyborcze rutynowo uwzględnią rozdziały o integracji jako o istotnym elemencie działań samorządu terytorialnego. Nastąpi to prawdopodobnie do jesieni 2028 roku.

W żałobie pozostawia lingwistyczne nawyki, które dawno straciły pokrycie w rzeczywistości, i instytucje z opóźnieniem odkrywające, że ich formularze wciąż zakładają monolityczną tożsamość adresata. Osieroca publicystów, dla których figura „monoetnicznej wspólnoty” była gotową protezą analityczną. Na jego miejscu rozgaszcza się nie heroiczna wielokulturowość, lecz zwyczajna, praktyczna umiejętność życia w państwie, gdzie różnica językowa jest faktem administracyjnym, a nie światopoglądowym.

Niech spoczywa w archiwach XX wieku.