Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow skomentował polsko-ukraińskie napięcie wokół nadania jednostce imienia „Bohaterów UPA” i odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego — naTemat relacjonuje to wprost: Pieskow „miał pretekst, aby znów uderzyć”. Słowo pada nie w cytacie z Kremla, lecz w polskiej redakcyjnej ocenie sytuacji. To ważne: to polska redakcja używa „pretekstu”, nie Pieskow.
Można było napisać „okazja” — ale okazja sugeruje przypadkowe otwarcie, szczęśliwy zbieg okoliczności. Można było napisać „powód” — ale powód zakłada pewną legitymizację, związek przyczynowy, który można dyskutować. Można było napisać „argument” — ale argument zobowiązuje do treści merytorycznej, którą trzeba odpierać. „Pretekst” robi coś innego: z góry dyskredytuje akt mówienia, zanim zostanie wypowiedziany. Mówca jest nieautentyczny już w momencie otwarcia ust.
Redakcja używa „pretekstu”, żeby zamknąć sprawę przed jej otwarciem. Model myślowy jest tu wyraźny: Kreml nie reaguje, Kreml czeka na instrumenty. Każde polsko-ukraińskie tarcie jest z definicji instrumentem, nie informacją. To wygodna rama — uodparnia czytelnika na treść wypowiedzi Pieskowa, zanim ją pozna. Słowo działa jak szczepionka retoryczna: cokolwiek powiedziano na Kremlu, zostało już zdyskwalifikowane jako pretekstowe. Odbiorca nie musi samodzielnie oceniać treści.
W ciągu 24–72 godzin „pretekst” pojawi się w polskich komentarzach eksperckich i kolejnych relacjach z Konferencji Odbudowy Ukrainy w Gdańsku — jako gotowe narzędzie do neutralizowania każdej rosyjskiej reakcji na polsko-ukraińskie napięcia. Słowo zniknie, gdy napięcie opadnie lub gdy pojawi się konkretna propozycja dyplomatyczna wymagająca oceny po stronie treści, nie intencji. Wtedy „pretekst” stanie się za ciasny.