Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz w „Kropce nad i” na TVN24 powiedziała wprost: „nie będziemy ulegać takiej presji”. Chodziło o żądania opozycji dotyczące odwołania wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego. Słowo padło w trybie deklaratywnym, nie wyjaśniającym — bez podania ani jednego kontrargumentu merytorycznego.

Można było użyć słowa „żądania” — wtedy trzeba by odpowiedzieć na ich treść. Można było powiedzieć „atak” — to sugerowałoby eskalację i mobilizowało własny obóz do obrony. Można było wybrać „nacisk” — to brzmi technicznie, pozbawia emocji, ale wymaga oceny, czy nacisk jest zasadny. „Presja” nie zobowiązuje do żadnego z tych kroków. Neutralizuje pytanie o meritum i przenosi ciężar na intencje tego, kto naciska.

To słowo robi za mówcę dwie rzeczy naraz. Po pierwsze, sytuuje Pełczyńską-Nałęcz w pozycji trzymającej linię — ktoś napiera, ona stoi. Po drugie, odcina dyskusję od faktów sprawy: ile zarobił Szeptycki, w jakim trybie, kto to umożliwił. „Presja” przekierowuje całą uwagę na samą procedurę nacisku, a nie na to, co nacisk wywołuje. W tym samym czasie KO pozbywa się własnego radnego lekarza bez podobnych deklaracji — co ujawnia, że słowo nie opisuje sytuacji, lecz ją zarządza.

W ciągu 24–72 godzin słowo „presja” pojawi się w kolejnych wypowiedziach polityków Polski 2050 jako forma rytualna — potwierdzenie, że linia jest utrzymana. Jeśli Szeptycki nie odejdzie do środy, fraza „ulec presji” stanie się testem lojalności koalicyjnej. Słowo zniknie w momencie, gdy sprawa trafi do prokuratury lub komisji sejmowej — wtedy zastąpi je „postępowanie” albo „procedura”. To będzie znak, że zarządzanie słowem się skończyło.