Projekt ustawy o pseudomedycznych praktykach trafił do podkomisji z błogosławieństwem wszystkich klubów. To właśnie ten moment — consensualne skierowanie — jest sygnałem ostrzegawczym, nie triumfalnym. Podkomisje sejmowe nie mają terminu zakończenia prac. Regulamin Sejmu nie nakłada na nie żadnego obowiązku sprawozdawczego bez zewnętrznego nacisku. Projekt może tam spokojnie przeleżeć do końca kadencji, opatrzony statusem „procedowany”.

Słabość przepisów, na którą posłowie sami wskazywali podczas pierwszego czytania, dotyczy nieprecyzyjnych definicji. To nie jest problem kosmetyczny. Każda zmiana definicji „świadczenia pseudomedycznego” uruchomi konsultacje z Ministerstwem Zdrowia, Naczelną Izbą Lekarską i prawdopodobnie Urzędem Rejestracji Produktów Leczniczych — każdy z tych podmiotów ma prawo do trzydziestodniowego okresu opiniowania i każdy z tego prawa skorzysta. Harmonogram podkomisji wysadzi nie weto polityczne, lecz formularz konsultacyjny wysłany do czterech instytucji w różnych dniach.

Całkiem prawdopodobne, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni podkomisja odbędzie jedno posiedzenie organizacyjne i zawiesi prace do czasu zebrania opinii. Tymczasem na platformach oferujących „biorezonans diagnostyczny” nie zmieni się nic. Procedura działa.