Odwołanie spotkania w domu kultury nie jest końcem, lecz pierwszą fazą kaskady, która nakręca się na pustej sali. Im bardziej dane miejsce staje się niedostępne, tym silniej w wyobraźni tłumu przekształca się w obiekt rytualny. Mieszkańcy Andrychowa wyrazili sprzeciw, instytucja unieważniła umowę — i właśnie ten brak zdarzenia staje się najsilniejszym magnesem.

Mechanizm jest znany i nieuchronny. Już za kilka miesięcy zobaczymy pierwsze inscenizacje „Spotkania, którego nie było”, odgrywane przez lokalne grupy teatralne w geście oddania idei. Po roku zjawisko przekształci się w ogólnopolską formę performansu obywatelskiego: ekipy rekonstrukcyjne będą przyjeżdżać do Andrychowa, by wiernie odtwarzać przebieg wydarzenia, które nie miało miejsca — z pustą sceną, odczytaniem niewypowiedzianych przemówień i symbolicznym wręczeniem klucza do sali, której nigdy nie otwarto. Sam dom kultury, początkowo niechętny, po trzech edycjach ustanowi dotację na coroczny festiwal niemego dialogu.

To nie jest prognoza prześmiewcza. Ta sprawa jest istotnie ważna: pokazuje, jak decyzja administracyjna, podjęta z potrzeby chwili, staje się mitem założycielskim nowej formy ekspresji. Krótkoterminowo spór prawny o wolność słowa po prostu wygaśnie — nie będzie miał się już o co zapalić, gdy realny konflikt zastąpi uzgodniony scenariusz. Długoterminowo zaś sama idea spotkania nabierze cech nieszkodliwego folkloru. Problem zostanie rozwiązany nie przez sąd, lecz przez powtarzalny gest, który oswaja kontrowersję, aż staje się ona lokalną atrakcją turystyczną. Nikt tego nie steruje; to po prostu kaskada, która z braku realnego bodźca wypełnia pustkę znaczeniem.