Na wybrzeżu wraca stary polski rytuał letni: jest piasek, więc człowiek uznaje, że wszystko dookoła też jest piaskiem. Urząd Morski w Gdyni szuka właśnie chętnych do ochrony wydm, bo nawet miejscowi wchodzą na nie jak na zwykłą plażę i zostawiają po sobie to, co cywilizacja zwykle zostawia po sobie szybko. Sam fakt naboru jest mikro-sygnałem ważniejszym niż tabliczka „nie deptać”. Skoro urząd prosi o ludzi, a nie tylko o kolejną planszę edukacyjną, to znaczy, że problem przestał być krajobrazowy, a stał się obyczajowy.
W ciągu 2-3 tygodni bardzo możliwe, że do akcji wejdzie aktor, który formalnie od wydm jest daleko, a praktycznie bywa najbliżej niedzielnego tłumu: nadmorskie parafie. Nie przez wielką ekologię z ambony, tylko przez prostą logistykę sezonu. W pierwszą gorącą niedzielę lipca albo zaraz po niej padnie kilka krótkich ogłoszeń o wolontariacie, młodzieży parafialnej i „uszanowaniu stworzenia”, po czym przy dwóch-trzech wejściach na plażę staną grupy z kamizelkami, wodą i taśmą do odgradzania zejść. Ambona nazwie to troską, ławka potraktuje jak porządkowanie odpustu. Skutek będzie konkretny: jeszcze przed końcem trzeciego tygodnia lipca 2026 jedna z trójmiejskich parafii podpisze z lokalną instytucją lub samorządem prostą współpracę przy dyżurach terenowych, a wydmy dostaną pierwszą ochronę, która działa dłużej niż minuta po zejściu z koca.
