Kandydatka zgłasza naruszenie. To uruchamia ciąg dalszy. Jej rywal nie może pozostać bierny – składa wniosek o wgląd w protokół z własnego przesłuchania. Trzeci kandydat, dotąd milczący, dorzuca pismo o odsunięcie członka komisji. Ktoś z administracji, słysząc o CBA, przypomina sobie o niejasnej fakturze za pulpit i wysyła doniesienie do kontroli zarządczej. Rada społeczna, aby nie sprawiać wrażenia, że nie reaguje, wzywa do audytu. Związek zawodowy wchodzi do gry, bo nie może być jedynym niemym aktorem – domaga się powołania zespołu antykryzysowego. Ten, po pierwszym posiedzeniu, rekomenduje unieważnienie konkursu.
Prawo mówi jedno: procedurę można powtórzyć, ale nie częściej niż raz do roku. W nadchodzącym sezonie nikt już nie zdąży. Pracownicy, uwiązani pismami i wezwaniami do składania wyjaśnień, zauważają lukę: partytury stoją, zespół jest, publiczność kupiła bilety. Rada artystyczna, z braku szefa, przejmuje układanie repertuaru. Potem dyrygenci gościnni zaczynają być zapraszani przez samych muzyków. W ostatnim kwartale orkiestra głosuje nad wykonaniem Mahlera.
To naprawdę jest istotne. Spór o dyrekcję odsłania kruche podstawy zarządzania kulturą na prowincji: jedna niejasna decyzja potrafi sparaliżować instytucję na miesiące. Konsekwencją, na razie finansową, jest groźba zwrotu dotacji za niezrealizowane premiery. A jednak – gdy zabrakło centralnej władzy, głos zabrała orkiestra. Wiosną daje trzeci koncert bez dyrektora. Bilety schodzą.
