Gazeta Wyborcza opisuje sytuację, która w każdym innym kraju wyglądałaby jak błąd montażowy: we wtorek konferencja prasowa z rozmachem, w środę projekt rozporządzenia opóźniającego całą rzecz o trzy miesiące. To nie jest hipokryzja — to jest procedura. Projekt rozporządzenia nie jest rozporządzeniem. Zanim dokument dotrze do Dziennika Ustaw, musi przejść przez Rządowe Centrum Legislacji, uzyskać akceptację Komitetu Stałego Rady Ministrów i trafić do podpisu ministra. Każdy z tych kroków ma własny termin. Żaden z nich nie jest tożsamy z datą ogłoszoną na konferencji.

Sygnał jest taki: projekt był gotowy dzień po konferencji, co oznacza, że powstawał równolegle z przemówieniami. To nie zdziwiłoby żadnego prawnika legislacyjnego — ale sugeruje, że harmonogram opóźnienia był ustalony wcześniej niż harmonogram jego ogłoszenia. W ciągu najbliższych 24 godzin bardzo możliwe, że resort wyda komunikat precyzujący „datę wdrożenia” jako datę odrębną od daty obowiązywania rozporządzenia. Te dwie daty nie muszą być tożsame. I najprawdopodobniej nie będą.