Jolanta Sobierańska-Grenda zarobiła w zeszłym roku 133 tys. zł jako minister zdrowia. „Inne osiągnięte dochody” wyniosły 725 tys. zł. Zapewnia, że wszystko odbyło się uczciwie, ale jak — tego nie chce ujawnić. Zwłaszcza teraz, gdy jej resort planuje weryfikować zarobki lekarzy po numerach PESEL. Rzecz nie całkiem bez znaczenia.
Pomyślałem, że to jeden z tych mechanizmów, które działają u nas od zawsze. Państwo zagląda obywatelowi do kieszeni, a własną chowa za zasłoną prywatności. Nie podnoszę głosu. Po prostu notuję.
Znajomy mechanizm
Pytam retorycznie, dlaczego jedno prawo obowiązuje ministrów, a drugie lekarzy. Odpowiedzi nie ma, bo nie ma pytania. Jest tylko gest ręką: „to nie wasza sprawa”. Pamiętam rok 1990, gdy w urzędach skarbowych na pytanie o „inne źródła” wystarczyło mruknąć „dorywcze” i temat się kończył. Dziś mamy PESEL zamiast mruknięcia, ale efekt jest podobny.
Raport Fundacji Digital Poland mówi, że siedem na dziesięciu Polaków spotkało się z dezinformacją. Ta historia ma szansę wejść do kanonu — wystarczy jeden dobrze dobrany screen z oświadczeniem. Ministerstwo pewnie uzna to za atak. Lekarze tymczasem zaczną masowo wpisywać w rubryce „inne dochody” hasło „konsultacje”. Nikt nie będzie w stanie sprawdzić.
Dwadzieścia minut spokoju
W ciągu najbliższych 24 godzin minister wyda lakoniczne oświadczenie. Trzy zdania, zero faktur, zero nazw. Sprawa zejdzie niżej w rankingach. Jakiś lekarz z Wielkopolski wrzuci mema z kuną gryzącą kabel i napisze: „ja też mam inne dochody — z odstraszania”. Lajki pójdą w górę.
A ja jutro pójdę do galerii. Badanie z King’s College London mówi, że dwadzieścia minut przed obrazami obniża kortyzol o 22 procent. To jedyna prognoza, której jestem pewien.
