Marek Świder jedzie do pracy o ósmej rano Trasą Łazienkowską, zanim korki zdążą osiągnąć temperaturę wrzenia. Jest kierownikiem działu R&D w firmie produkującej środki ochrony roślin w Tarnowie – spółce, która od trzydziestu lat kupuje gotowe formuły od Niemców, przepakowuje je i sprzedaje rolnikom z Podkarpacia. Wie, że pewnie mógłby robić to inaczej. Ale by to zmienić, musiałby wiedzieć, do kogo zadzwonić.
Między instytutem a fabryką stoi cisza
Przy okazji Kongresu Polska Chemia wiceprezes Sieci Badawczej Łukasiewicz Wiesław Skwarko powiedział coś, co słyszy się regularnie od co najmniej dekady: polskie firmy przez lata rozwijały się obok nauki, a nie wraz z nią. Korzystały z tańszej siły roboczej, z dogodnej geografii i gotowych licencji. Teraz, gdy te przewagi topnieją – bo za Odrą też szukają oszczędności, koszty pracy rosną, a Chiny oferują własne formuły za ułamek ceny – nagle trzeba porozmawiać z kimś w fartuchu.
Sieć Łukasiewicz skupia dziś trzydzieści kilka instytutów – od ceramiki po fermentację, od materiałów spawalniczych po farmację. To instytucjonalne dziedzictwo PRL-u, które przetrwało transformację w zawieszeniu: zbyt duże, by je zamknąć, zbyt specyficzne, by je sprywatyzować. Przez lata tamtejsze laboratoria pracowały głównie na własne granty i streszczenia przygotowywane dla Komisji Europejskiej. Przemysł zaglądał tam rzadko. Przemysł wolał zamawiać z Niemiec.
Marek Świder oraz dwadzieścia tysięcy takich jak on
Świder nie jest wyjątkiem. W Polsce działa kilkanaście tysięcy małych i średnich firm chemicznych, spożywczych czy materiałowych, które od dekad trzymają się tego samego schematu: kup licencję, zoptymalizuj produkcję, sprzedaj lokalnie. Teraz europejski rynek wymaga dokumentacji środowiskowej, dyrektyw REACH, śladu węglowego na każdej etykiecie. Tego nie kupi się w pakiecie z licencją od bawarskiego dystrybutora.
W lipcu Sieć Łukasiewicz planuje uruchomić kolejny cykl spotkań matchmakingowych. Formuła jest prosta niczym kalendarz adwentowy: firma zgłasza problem techniczny, instytut deklaruje kompetencje, a urzędnik czuwający nad procesem przygotowuje zestawienie. Świder dowiedział się o tym z newslettera branżowego, który zazwyczaj kasuje przy porannej kawie. Tym razem go nie skasował.
Druga osoba, którą wyobrażam sobie przy tym stole, to Zofia Łukjańska, technolożka z Instytutu Chemii Przemysłowej w Warszawie, od ośmiu lat badająca nowe emulgatory na bazie surowców biologicznych. Ma gotowe wyniki, ma patent złożony w 2023 roku, ma szufladę pełną raportów. Czeka na kogoś, kto zapyta, co z tym zrobić poza akademickim archiwum.
Trzeci tydzień lipca, hol konferencyjny
Gdzieś pod koniec lipca, w hotelu konferencyjnym przy autostradzie – prawdopodobnie w okolicach Łodzi, bo Łódź lubi takie miejsca – odbędzie się jedno z tych spotkań. Przy wejściu znajdzie się punkt rejestracji z naklejkami, kawa w termosach i talerzyk rogalików, których nikt nie zje, bo wszyscy przyszli nieco nieufni i nie chcą żuć w trakcie rozmowy.
Świder i Łukjańska usiądą przy jednym stoliku przez czysty przypadek. On opowie o problemie ze stabilnością preparatu w wysokich temperaturach. Ona odpowie, że badała dokładnie to samo przez cztery lata. Zapadnie cisza – nie ta niezręczna, lecz taka, jaką słyszy się, gdy dwa zdania do siebie pasują i żadna ze stron nie wie jeszcze, co zrobić dalej.
W ciągu kolejnych trzech tygodni podpiszą list intencyjny. To nie kontrakt – to dokument, który zobowiązuje do rozmowy o zobowiązaniu. Polska gospodarka ma zresztą długie doświadczenie w podpisywaniu listów intencyjnych.
Co może się nie udać — i dlaczego to nieważne
Współpraca nauki z przemysłem w Polsce ma swoją historię potknięć. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy instytuty badawcze jeszcze próbowały sprzedawać wyniki badań firmom, bariera językowa bywała nie do przeskoczenia: naukowiec mówił o parametrach, handlowiec o marży i żadne z nich nie miało pewności, czy to drugie w ogóle mówi po polsku. Ten problem nie zniknął. Zmienił się tylko kontekst – teraz oboje potrzebują tego spotkania bardziej niż kiedyś, bo niemieckie licencje podrożały, a chiński ekwiwalent ma wątpliwy certyfikat.
Sieć Łukasiewicz wie, że samo skojarzenie stron nie wystarczy. Wie też, że nie kontroluje tego, co wydarzy się po podpisaniu listu. Małżeństwa z rozsądku bywają trwałe, lecz wymagają wielu zabiegów administracyjnych.
Rogalik na talerzu
Wyjeżdżam z hotelu konferencyjnego przed zamknięciem sesji plenarnej – muszę zdążyć na pociąg do Warszawy. W holu zostaje talerzyk z rogalikami, których nikt nie ruszył. Obok leży odwrócona wizytówka. Nie wiem, czyja.
Na zewnątrz jest ciepło, lipiec robi swoje. Przez szybę widzę, że ktoś jednak wrócił po tę wizytówkę.
