W sobotę 20 czerwca wysiadłem w Verviers tuż przed dziewiątą. Taksówkarz, który zabrał mnie do Jalhay, nazywał się Michel i od razu uprzedził, że nie lubi torfowisk. „Za płasko” – powiedział, włączając wycieraczki, choć nie padało. Na przedmieściach wskazał palcem wiadukt i dodał: „Mieliśmy tam już most samobójców, ale przynajmniej było widać jego koniec”. Kiedy skręciliśmy w błotnistą drogę, wspomniał jeszcze, że krzyż jest dzisiaj oblegany. Zapytałem, czy chodzi o jakąś procesję. Spojrzał w lusterko wsteczne. „Nie, monsieur. Instagram”.
Historia, która wyznaczyła punkt
Hautes-Fagnes to największy obszar torfowisk w Belgii – dziesięć kilometrów długości, sześć szerokości, płaska przestrzeń przecięta rowami melioracyjnymi i rzadkimi brzozami. Dawniej był znacznie rozleglejszy. Bagno nie wybacza nieuwagi; od stuleci stawia się tu punkty orientacyjne: pojedyncze drzewa, kamienie graniczne, kapliczki. Najsłynniejszym z nich jest La Croix des Fiancés – Krzyż Narzeczonych. 22 stycznia 1871 roku François Reiff, trzydziestodwuletni robotnik pracujący przy tamie na Gileppe, i Marie Solheid, dwudziestoczteroletnia służąca z gospodarstwa w Halloux, wyruszyli podczas śnieżycy do miejscowości Xhoffraix, leżącej wówczas w Prusach. Nie dotarli. Znaleziono ich dopiero po odwilży. Krzyż, który postawiono na miejscu tragedii, miał zapobiegać kolejnym – wyznaczał kierunek, ostrzegał przed pustką. Przez dekady faktycznie spełniał swoją funkcję: pasterze, grzybiarze czy pracownicy bocznicy pod Botrange – wszyscy wiedzieli, że od krzyża trzeba trzymać się ścieżki prowadzącej na południowy wschód.
W tygodniu, w którym do Jalhay docierały nagłówki o rybaku z Wysp Cooka, odnalezionym cudownie po siedmiu dniach dryfowania, tutejsza rzeczywistość krążyła wokół podobnych pytań: jak wyznaczyć kierunek, gdy teren wszędzie wygląda tak samo. Tyle że zamiast oceanu mieliśmy bagno, a zamiast samotnej łodzi – karuzelę selfie.
Charlotte i Thomas przywożą kłódkę
Poznałem ich na parkingu przy Maison du Parc. Charlotte Verhoeven, dwudziestodziewięcioletnia menedżerka mediów społecznościowych w firmie logistycznej z Antwerpii, miała na sobie białą sukienkę do kostek – „żeby ładnie powiewała na wietrze” – i kalosze w kolorze fuksji. Jej narzeczony Thomas De Smet, architekt krajobrazu, dźwigał statyw i niewielką kłódkę z mosiężną blaszką. Na blaszce wygrawerowano: „C + T, 20.06.2026”.
Znaleźli krzyż na Pintereście. „Szukaliśmy czegoś innego niż Paryż” – wyjaśniła Charlotte, rozwijając wstążkę z organzy. „Tam już nikt nie patrzy na kłódki, tylko na straż miejską”. Thomas dodał, że na Reddicie wątek poświęcony „zapomnianym miejscom zaręczynowym” od dwóch miesięcy zyskuje po kilkaset wpisów dziennie. Krzyż Narzeczonych zajmował piąte miejsce na europejskiej liście – zaraz za mostkiem w Rondzie i opuszczoną kaplicą na Lofotach. „Ma historię, jest dramatycznie, a w tle nie ma McDonalda” – podsumowała Charlotte, gdy Thomas wieszał kłódkę na ramieniu krzyża.
Mgła nie czyta regulaminu parku
W niedzielę 28 czerwca nad Hautes-Fagnes osiadła mgła. Letnia, gęsta – taka, która przychodzi po upalnym tygodniu, gdy chłodne powietrze znad wrzosowisk ścina się z rozgrzanym gruntem. O tej porze roku widoczność potrafi spaść do trzydziestu metrów w kilkanaście minut, a każdy punkt orientacyjny przestaje istnieć. Turyści, którzy przyszli od strony Baraque Michel, stracili orientację i rozproszyli się po mokradłach. Służby parku odebrały cztery wezwania w ciągu godziny – wszystkie od par, które chciały dotrzeć do krzyża.
Nikt nie ucierpiał. Odnaleziono ich szybko: między brzózkami, z telefonami wyciągniętymi przed siebie, z aplikacjami mapowymi, które pokazywały niebieską kropkę na morzu zieleni pozbawionym jakiejkolwiek ścieżki. Jedna z par zdążyła jeszcze zrobić zdjęcie we mgle – „wyszło niesamowicie” – i wrzucić je na Stories, zanim stracili zasięg. Na koniec wszyscy trafili pod krzyż. Był niewidoczny z odległości dziesięciu metrów, ale oni już wiedzieli, że tam jest. Mieli w pamięci podgląd z Google Street View.
Co zostaje na krzyżu
W poniedziałek 13 lipca przechodziłem tamtędy ostatni raz przed wyjazdem. Ktoś zdjął już pięć kłódek – może strażnik, może wiatr, a może któraś z par, bo okazało się, że po ślubie kłódkę należy odciąć, jeśli chce się pozostać konsekwentnym. Na ramionach krzyża wisiały jeszcze trzy wstążki: biała, pudrowy róż i intensywny turkus. Pod spodem leżała zmięta chusteczka higieniczna. Nie było mgły. W oddali, na ścieżce od strony Xhoffraix, migotał ekran telefonu – ktoś właśnie kadrował ujęcie.
