Dziś po południu między stacjami Piwniczna i Wierchomla wykoleił się pociąg towarowy; sześć pustych wagonów wypadło z torów, część wpadła do Popradu. Trasa do Krynicy-Zdroju została zablokowana. Tymczasem w poniedziałek nowy premier Wielkiej Brytanii, Andy Burnham, zaprosił Donalda Trumpa do Manchesteru – nie do Londynu – a ten zaproszenie przyjął. W galerii „Expressu Bydgoskiego” można zobaczyć, jak dziś wygląda Dominik Ostrowski, syn Małgorzaty Ostrowskiej, gitarzysta w zespole matki.
Zbiorowość zachowa się jak gatunek, który właśnie odkrył, że fizyczną niedostępność można przekuć w prestiż – i rzuci się obsadzać prowincję potomkami legend.
Mechanika drugiego rzędu
Zaproszenie wystosowane z Manchesteru, a nie z Whitehall, nie jest gestem kurtuazyjnym. To sygnał nowej gramatyki dyplomatycznej: drugie miasto wysuwa się przed stolicę, bo stolica stała się zbyt oczywista. Burnham nie zaprasza Trumpa do pałacu – zaprasza go na postindustrialną Północ, gdzie wzrost „w każdym kodzie pocztowym” ma być oglądany na żywo. Ta sama logika – nazwijmy ją regułą drugiego rzędu – działa już w turystyce, w muzyce, w modzie. Nie jedziesz do źródła, lecz tam, gdzie źródło się przegląda. Nie oglądasz gwiazdy, tylko potomka gwiazdy, który gra u jej boku i mówi w telewizji śniadaniowej, że „musiał się bardziej postarać, żeby pokazać własną tożsamość”.
Notatka terenowa: tłum nie pragnie już oryginału. Pragnie świadectwa transmisji – aktu, w którym sława przechodzi z pokolenia na pokolenie jak gen recesywny. Dominik Ostrowski, kulturoznawca i gitarzysta, jest tego idealnym nośnikiem: zawód po ojcu fotografie, repertuar po matce, dystans własny. Syn, który nie jest kopią – jest przypisem. I właśnie przypisy stają się tekstem głównym.
Przy torach, gdzie woda niosła pustkę
Wykolejenie pod Piwniczną odsłania drugi mechanizm: zbiorowość uwielbia, gdy przeszkoda wymusza substytut. Puste wagony w rzece to materializacja braku – niczego nie wiozły, a i tak zatrzymały ruch. Komunikacja zastępcza już kursuje. Ale zastępstwo nie kończy się na autobusach. Krynica, odcięta od bezpośredniego połączenia, będzie musiała ściągnąć gości czymś innym niż pociągiem. Tu wchodzi reguła drugiego rzędu.
Zauważyłem, że dyrektorzy domów kultury w uzdrowiskach od jakiegoś czasu przeglądają galerie „Expressu Bydgoskiego” z większą uwagą niż anonse agencji koncertowych. Wiedzą, że Małgorzata Ostrowska – lat 67, status legendy – nie zapełni już sanatoryjnej widowni w środku tygodnia. Ale jej syn? Trzydziestosiedmioletni gitarzysta, który „całe życie zajmował się tym, czym zajmuje się mama”, a teraz robi to z dystansem? To booking, który kryje w sobie obietnicę podwójnego kadru: na scenie stoi potomek, a przez niego prześwituje oryginał. Publiczność nie bije brawo gitarzyście – bije brawo samej idei dziedziczenia.
Dlatego jutro rano lub pojutrze – zanim jeszcze wagony wyciągną z Popradu – Krynica-Zdrój ogłosi koncert „Dominik Ostrowski gra Lombard”. Nie będzie to występ syna u boku matki. Matka pozostanie w Poznaniu. Na ekranie za zespołem wyświetlone zostaną archiwalne fotografie autorstwa Jacka Gulczyńskiego, nieżyjącego ojca, męża gwiazdy. Trzy pokolenia w jednym kadrze: nieobecny ojciec patrzy przez obiektyw, nieobecna matka pobrzmiewa w partiach gitary, syn stoi na scenie – jedyny fizycznie obecny – i jest tego wszystkiego przypisem. Publiczność wstanie. Nie dla niego. Dla mechanizmu.
