Péter Magyar, przedstawiając w poniedziałek plan usunięcia urzędników mianowanych przez Orbána, użył słowa „creative” — kreatywne rozwiązania — jako parasola nad działaniami, które sam dziennik Daily News Hungary ostrożnie opisuje jako „clever solutions” z możliwymi postępowaniami karnymi w tle. Nie padło tu słowo „reforma”, nie padło „nowelizacja”. Padło „kreatywne”.

Mogło paść: „prawne” — ale to zobowiązywałoby do wskazania konkretnego przepisu. „Proceduralne” — ale to sugerowałoby, że mechanizm jest już gotowy i opisany. „Demokratyczne” — ale to stawiałoby poprzeczkę konsultacji społecznych. „Kreatywne” nie zobowiązuje do żadnego z tych trzech. Zostawia drzwi otwarte na każdy kolejny ruch.

To słowo robi za mówcę jedną precyzyjną robotę: neutralizuje zarzut o niekonstytucyjność, zanim zarzut zostanie sformułowany. Kreatywność należy do porządku twórczości, nie do porządku łamania norm. Mówca sygnalizuje otoczeniu: planuję działać niestandardowo, ale jest to atrybut geniuszu, nie nadużycia. Jednocześnie słowo to testuje, kto w obozie koalicyjnym zaprotestuje — każdy, kto zapyta o podstawę prawną, wychodzi na hamulcowego. Każdy, kto milczy, daje dorozumianą zgodę. W ten sposób „kreatywne” przeprowadza selekcję polityczną wewnątrz obozu, jeszcze zanim jakikolwiek dokument zostanie złożony.

W ciągu 24–72 godzin słowo wróci w ustach rzeczników prawnych Magyarowskiego ugrupowania — tym razem jako „twórcza interpretacja konstytucji” albo „niekonwencjonalne narzędzia proceduralne”. Jeśli do środy prawnicy rządowi lub Trybunał odpiszą pismem formalnym, słowo zniknie z komunikatów Magyar Press i zostanie zastąpione precyzyjnym paragrafem. Zniknięcie „kreatywnego” będzie oznaczać, że próba sondowania granic nie przeszła — i że plan wraca do szuflady albo idzie inna drogą.