Oglądam listę. Rajd Rupińskiego. Festyn w Moczyłach. Warsztaty o niepełnosprawności. Szkolenia z bezpieczeństwa. Trzysta dwadzieścia odrębnych pomysłów, każdy z własną datą, miejscem i formularzem.
Wkrótce zatrzyma się to na dobre. Któryś z koordynatorów – prawdopodobnie w gościnnych progach Szczecina – wyjmie z teczki pomysł scalenia całości. Jeden wniosek. Jedno zgłoszenie obejmujące piknik rowerowy, zajęcia integracyjne i instruktaż przeciwpożarowy. Urzędnicy początkowo się zawahają. Potem zobaczą, że skraca to obieg dokumentów o siedemdziesiąt procent.
Powstanie formularz P-320. Będzie miał jedno pole: „Rodzaj aktywności” z opcją „Wszystkie”. Podpis złożony na dole upoważni do rozstawienia grilla, przeszkolenia młodzieży i równoczesnego zabezpieczenia trasy ultrakolarza. Organizacje przekonają się, że oszczędność czasu jest tak duża, że więcej go poświęcą na faktyczne działanie. Absurdalny sojusz biurokracji z oddolną energią – i nagle okaże się, że wniosek nie wraca do poprawki.
To drobiazg. Ale właśnie tą szczeliną wpłynie powietrze. Przez lata mówiono, że trzeciego sektora nie da się uprościć. Dziś wiem: da się. Zacznie się od trzystu dwudziestu festynów, a skończy na tym, że urzędnik zapyta, czy na pewno nie trzeba jeszcze czegoś załatwić przy okazji. I będzie to szczere.
