Radni PiS użyli słowa „kolesiowstwo” w reakcji na obsadzenie trzech nowych stanowisk wiceprezesów w miejskich spółkach w Szczecinie przez osoby powiązane z politykami Koalicji Obywatelskiej — tak relacjonuje Onet Szczecin, 29 czerwca 2026. Słowo padło jako ocena, nie jako pytanie. Już w momencie wypowiedzi zamykało pole do wyjaśnień.
Można było powiedzieć „nepotyzm” — ale to termin prawny i zobowiązuje do wskazania pokrewieństwa. Można było powiedzieć „partyjne mianowania” — ale to formuła neutralna, wymagająca dowodu systemowego. „Kolesiowstwo” nie zobowiązuje do niczego: jest oceniające, ale nieweryfikowalne. To jego główna przewaga w użyciu politycznym.
Mówca, który sięga po „kolesiowstwo” zamiast po „nepotyzm” czy „klientelizm”, sygnalizuje, że nie zamierza prowadzić dowodu — zamierza zarządzać nastrojem. Słowo działa jak etykieta naklejona przed dochodzeniem. Instytucjonalny model myślowy jest tu jednoznaczny: wystarczy nazwać, żeby zdyskwalifikować. Drugą warstwą jest pozycjonowanie się jako strona moralna sporu — nie prawna, nie proceduralna. W polskiej polityce lokalnej to wybór optymalny: trudno obalić zarzut, który nie ma formy zarzutu.
W ciągu 24–48 godzin słowo wróci w odpowiedziach rzecznika KO albo samych radnych koalicji — najprawdopodobniej w formie zaprzeczenia lub kontrataku z użyciem analogicznego słownika. Jeśli strona rządząca zacznie odpowiadać proceduralnie (regulaminy, uchwały, kwalifikacje kandydatów), diagnoza się potwierdza: „kolesiowstwo” spełniło funkcję i znika. Jeśli zamiast tego pojawi się w kolejnych doniesieniach o nowych stanowiskach — sygnał, że sprawa szczecińska staje się wzorcem narracyjnym na całe lato.