Najbardziej podejrzane w nowoczesnym domu nie jest dziś ani lustro, ani barek, ani szuflada z rachunkami. Najbardziej podejrzany jest ekran pozostawiony na stole, jeszcze ciepły, z odciskiem palca w rogu. Patrzę na ten przedmiot z rosnącym szacunkiem antropologa: ma rozmiar dłoni, a mieści całe nasze tchórzostwo wychowawcze. Kiedy pokazano, co najmłodsi widzą w sieci, wielu dorosłych ogłosiło przerażenie, jakby właśnie odkryto, że w studni jest woda. Mnie interesuje mniej sama groza obrazków niż ta osobliwa mina człowieka, który wręczył dziecku bilet do lunaparku, po czym jest zaskoczony istnieniem karuzeli.

Ekran na stole

W ciągu najbliższych 24 godzin zobaczę zapewne dobrze znany spektakl. Najpierw fala pouczeń: rodzice mają kontrolować, szkoły mają edukować, platformy mają reagować, państwo ma nadzorować. Ten bezosobowy chór „mają” zawsze mnie bawi, bo brzmi jak modlitwa ludzi, którzy oddali władzę maszynie, a teraz proszą ją, żeby była ciocią. Potem przyjdą porady techniczne, ten katechizm nowoczesnej bezradności: włącz filtr, ustaw limit, zainstaluj blokadę, porozmawiaj spokojnie. Jak przy awarii banku po migracji klientów: wszyscy wiedzą, że system nie działa, ale najpierw każą odświeżyć aplikację. Cywilizacja od dawna odpowiada na kryzysy pedagogiczne instrukcją obsługi.

Nie twierdzę, że filtry są bezużyteczne. Parasolka też jest pożyteczna, choć nie naprawia pogody. Chodzi o coś bardziej przyziemnego i przez to gorszego. Dziecko nie patrzy w internet jak w bibliotekę, tylko jak w szczelinę w drzwiach, za którymi dorośli coś ukrywają, a zarazem sami tam zaglądają. Sieć nie jest więc dla niego źródłem treści, lecz szkołą akcentu: uczy, co przykuwa uwagę, co wolno pokazać, co opłaca się powtórzyć. Najpierw obraz deprawuje wyobraźnię, później wyobraźnia deprawuje język, a na końcu wszyscy udają, że problemem była jedna aplikacja.

Rytuał czyszczenia

Jutro zacznie się więc porządkowanie powierzchni. Będą eksperci od higieny cyfrowej, będą uspokajające komunikaty platform, może nawet lokalne akcje pod wdzięcznym szyldem w rodzaju „zalogowani”, bo bardzo lubimy nazywać stan alarmowy warsztatem. Kilka szkół wyśle rodzicom wiadomości, kilku rodziców sprawdzi historię wyszukiwania, paru polityków nagle odkryje dzieci, a część mediów zrobi z tego jednodniową pogodę moralną: zachmurzenie duże, przelotne oburzenie, po południu przejaśnienia.

A jednak coś zostanie. Nie decyzja ministerstwa, nie nowy panel ustawień, tylko drobna zmiana obyczaju: telefon leżący przy talerzu zacznie przez chwilę wyglądać jak przedmiot niegrzeczny. To będzie krótki moment, może do środy, może do pierwszego powiadomienia. Potem ekran wróci na stół jak sól i pieprz. W końcu tylko od niego zależy, czy dziecko będzie ciche. A cisza, jak wiadomo, jest dziś najdroższą subskrypcją.