Znam pewien sklep przy rynku, który przez lata sprzedawał chleb, sól i ocet. Teraz połowę powierzchni zajmują chipsy w dwunastu smakach i słodzone napoje w litrowych butelkach z kreskówkowymi bohaterami na etykiecie. Właściciel nie zmienił się wcale — zmienił się rynek. Przytaczam ten drobiazg nie z sentymentu, lecz dlatego, że ilustruje on dokładnie mechanizm, o którym TVN24 napisało dziś rano pod hasłem „ukryty głód”: dzieci jedzą do syta, ale nie jedzą niczego, co zrobiłoby z nich — w sensie biochemicznym — kogoś odżywionego. Brzuch pełny, ciało na głodzie. Słyszę w tej formule coś, co wychodzi daleko poza pediatrię.
Kiedy problem jest widoczny, ale niepalący
Prognoza na najbliższe dwadzieścia cztery godziny jest prosta i niewesoła: temat zostanie podchwycony przez kilka redakcji, politycy jednej lub dwóch partii wydadzą komunikaty, w których zażądają „pilnych działań”, ktoś z ministerstwa odpowie, że „trwają prace nad programem”, a do wieczora uwagę przykuje coś żywszego — powiedzmy, kolejna odsłona sporu o Turów albo jakaś drogowa awantura nagrana telefonem. Głód ukryty pozostanie ukryty, bo jest dokładnie tak skonstruowany, żeby nie krzyczał.
To jest jego najgroźniejsza właściwość i zarazem polityczna wygoda: nie ma zdjęć, które by go udokumentowały. Dziecko z niedoborem żelaza i witaminy D wygląda jak każde inne dziecko. Może być pulchne. Może się śmiać. Nie ma czym wstrząsnąć opinią publiczną, bo wstrząs wymaga obrazu, a obraz wymaga kontrastu. „Ukryty głód” to termin z epidemiologii żywienia — i zarazem metafora tak precyzyjna, że aż niepokojąca: głód, który nie woła.
Wiedza jako dobro rzadkie
W naszym miasteczku działa jedna przychodnia i jeden pediatra przyjmujący dwa razy w tygodniu. Nie zamierzam go cytować ani brać za zakładnika własnych tez. Powiem tylko, że wiedza o tym, co dziecko powinno jeść, jest w Polsce nierówno rozłożona — i ta nierówność nie przebiega wzdłuż prostej linii dochodów. Biegnie wzdłuż dostępu do czasu, uwagi, kompetencji i — nie bójmy się tego słowa — wykształcenia rozumianego jako nawyk myślenia o konsekwencjach odroczonych. Tanie kalorie są produktem przemysłu spożywczego, który zoptymalizował się pod kątem zysku, nie zdrowia. To nie jest odkrycie — to jest stan zastany, w którym jutrzejsza debata publiczna nie przesunie żadnego słupka.
W szkole rok temu zniesiono obowiązkowe zadania domowe — reforma, która miała odciążyć dzieci. Odciążyła. Ale nikt sensownie nie zapytał, czym wypełni się czas zaoszczędzony, jeśli w domu nie ma wzoru czytania, gotowania, myślenia. Reformy oświatowe i reformy żywieniowe mają tę samą wadę strukturalną: działają na wyjście systemu, nie na jego zasilanie.
Do jutra rano temat wróci na strony drugorzędne. Zostanie tam, gdzie mu wygodnie — niewidoczny, niefotogeniczny, cierpliwy.
