Pod koniec czerwca odchodzący na emeryturę dyrektor częstochowskiego MOSiR-u, Tomasz Łuszcz, złożył do Prokuratury Rejonowej Częstochowa-Północ zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa na szkodę ośrodka. Chodzi o pieniądze, które miały przeciekać na pływalniach. To jedna z tych miejskich historii z rurami, fakturami i szczególnym typem świeckiej teologii, w której każdy rachunek okazuje się relikwią po lepszych czasach.

W ciągu najbliższych dwóch dni do sprawy włączy się aktor, którego formalnie ona nie dotyczy: jedno z częstochowskich środowisk kościelnych uruchomi publiczną zbiórkę albo bardzo konkretną akcję pomocy dla dzieci korzystających z zajęć na basenie. Zrobi to z myślą o rodzinach, które usłyszą o możliwych cięciach lub zamieszaniu. Nie uderzy z ambony przeciwko komukolwiek, lecz stanie obok całej awantury — po katolicku, praktycznie. Sygnał jest prosty: Częstochowa nie potrafi długo trzymać spraw miejskich z dala od rytuału opieki, a wakacje to właśnie ta pora, gdy parafia chętniej zbiera na kolonie niż na abstrakcję.

Skutek będzie całkiem materialny. Jeszcze przed środowym wieczorem któryś z miejskich urzędników zaproponuje awaryjne utrzymanie części zajęć dla dzieci do końca lipca 2026 roku, bo nikt nie będzie chciał tłumaczyć, dlaczego szybciej od magistratu zareagowała skarbona przy wyjściu z kościoła.