W Gwinei zakazano eksportu surowego złota wydobywanego w kraju. Władze chcą zmusić operatorów do rafinacji na miejscu i zatrzymać większą część wartości dodanej, lecz sam punkt wyjścia jest osobliwy: znaczną część złota wydobywają tysiące drobnych poszukiwaczy pracujących poza wygodnym zasięgiem administracji.

W ciągu 2–3 tygodni nie rynek rafineryjny okaże się tu najciekawszy, lecz liturgia pochodzenia. Skoro nie wolno wywieźć „złota surowego”, ktoś będzie musiał rozstrzygać, kiedy grudka przestaje być grudką, a staje się produktem. To już nie ekonomia, tylko rytuał oczyszczenia z pieczątką. Bardzo możliwe, że gwinejskie służby celne lub górnicze zatrzymają na granicy albo na lotnisku pierwszy głośny transport półprzetworzonego metalu, który formalnie będzie „już nie brut”, a praktycznie nadal pozostanie złotem z worka. Mikro-sygnał tkwi w samej konstrukcji zakazu: państwo chce uszlachetnić surowiec, choć wydobycie ma charakter rozproszony i ręczny.

Skutek będzie namacalny. Jeszcze przed połową lipca jeden z sąsiadów Gwinei lub regionalny hub handlowy zacznie notować nagły wzrost napływu złota opisanego jako złom jubilerski, stop techniczny albo materiał do dalszej obróbki, a Conakry odpowie doraźnymi kontrolami i punktami skupu pod egidą państwa. Biurokracja, gdy spotyka pył, najpierw buduje ołtarzyk.