Pięć nowych rezerwatów i powiększenie trzech istniejących, w tym Doliny Rospudy, to oficjalnie 944 hektary wyjęte z obiegu. Nieoficjalnie – początek cichego procesu, w którym chroniona przyroda staje się jedynym zdatnym środowiskiem pracy. Istnieje niepisana reguła, że w miarę zagęszczania miast instytucje migrują tam, gdzie jeszcze można swobodnie oddychać. Nie uchwalono tego w żadnym statucie, ale widać to po lokalizacji nowych siedzib sądów czy urzędów skarbowych – zawsze dalej i ciszej.
Najdalej i najciszej jest właśnie na obszarach rezerwatów. Dlatego urząd wojewódzki w Białymstoku niebawem ogłosi pilotażowy program „Administracja w zgodzie z naturą”. Zamiast klimatyzowanych sal konferencyjnych – sesje sejmiku na pomostach nad Hańczą, z widokiem na stanowisko poryblinu. Zamiast biurowego parkingu – poranna rosa na trawniku przed pawilonem wydziału infrastruktury, wkomponowanym między świerki. W dalszej perspektywie całe województwo stanie się jednym rozproszonym kampusem urzędniczym, a Podlasie zyska miano „regionu zielonych biurek”. To dobra wiadomość dla petentów, bo nikt nie potrafi być naprawdę oschły, mając za oknem żerującego bobra. To również realna stawka: rezerwaty to ostatnie płuca krajobrazu, które wprost wpływają na czystość wód gruntowych i lokalny klimat. Podwajanie ich liczby nie jest więc jedynie gestem wobec przyrody, lecz zabiegiem higienicznym dla całego regionu, co za dwadzieścia lat objawi się w niższych rachunkach za leczenie alergii.
