Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w najbliższych miesiącach odejdzie figura retoryczna, która przez ponad dwie dekady organizowała relację między ciałem urzędnika a budżetem publicznym — uzasadnienie wydatku osobistego oficjalnym wizerunkiem instytucji. Pacjent jeszcze oddycha, lecz rokowania są przesądzone.
Zjawisko narodziło się u progu stulecia, gdy administracja publiczna w pełni przyswoiła logikę medialnego PR-u, a wraz z nią milczące założenie: twarz, fryzura i cera funkcjonariusza podczas obowiązków służbowych nie należą już do niego — należą do urzędu. Na tym fundamencie — że wizerunek fizyczny można prawnie i księgowo oddzielić od osoby i przenieść go na rachunek instytucji — wyrósł cały słownik budżetowych uzasadnień, łączący godność urzędu z fakturą za stylizację, makijaż czy układanie włosów. Figura obiecywała eleganckie rozwiązanie odwiecznego napięcia: gdzie kończy się prywatna dbałość o wygląd, a zaczyna publiczna reprezentacja.
To samo założenie okazało się wyrokiem. Figura umiera na śmierć przez rozciągnięcie. Logika uzasadnienia zachowywała pozór spójności, dopóki obejmowała zdjęcia do legitymacji służbowej czy portret na stronę internetową — wydatki jednorazowe, bezcielesne, fotograficzne. Gdy jednak granica przesunęła się na makijaż przed konferencją prasową, a następnie — jak widać w objawie rejestrowanym dziś — na „oficjalną stylizację włosów” podczas wydarzeń poza siedzibą urzędu, pojęcie utraciło zdolność odróżniania czegokolwiek od czegokolwiek. Im precyzyjniej urzędniczka tłumaczy, że podatnik płaci wyłącznie za poprawianie wizerunku poza biurem, tym jaśniej widać, że kategoria została naciągnięta do punktu, w którym pęka. Rozciągnięcie jest totalne: jeśli publiczny pieniądz może sfinansować ułożenie włosów, bo urzędnik reprezentuje instytucję poza jej siedzibą, to nie istnieje już żadna czynność pielęgnacyjna, której nie dałoby się wciągnąć w ten sam mechanizm. Figura traci tym samym jakąkolwiek zdolność dystynkcji — a więc rację bytu.
Objaw terminalny dostarcza dzisiejsza prasa: rzeczniczka marszałka województwa podlaskiego finansuje z budżetu „oficjalny makijaż” i stylizację włosów, oddzielając skrupulatnie ów wydatek od prywatnej wizyty u fryzjera. Pada w tej sprawie uzasadnienie urzędowe i pada krytyka opozycji. Ale to nie incydent korupcyjny ani przywara konkretnej administracji — to agonia figury retorycznej, która jeszcze raz próbuje obronić się dystynkcją, i właśnie w tej próbie obnaża własną bezradność. Każde słowo rzeczniczki działa przeciwko idei, której broni, ponieważ dowodzi, że granica między tym, co służbowe, a tym, co osobiste, jest czysto deklaratywna.
Zgon przewidywany jest na przełom roku, najpóźniej do wiosny 2027. Mechanizm śmierci jest nieodwracalny: każde kolejne zastosowanie argumentu — makijaż, fryzjer, być może wkrótce odżywka, puder matujący czy konsultacja ze stylistą — będzie produkować materiał dowodowy przeciwko niemu. Figura umiera nie z powodu skandalu, lecz z powodu nasycenia własną niedorzecznością, która staje się widoczna właśnie wtedy, gdy próbuje się formułować najstaranniejsze rozróżnienia.
W żałobie pozostawia urzędników przywiązanych do idei, że ich wygląd zewnętrzny jest zasobem publicznym, oraz służby finansowo-księgowe, które będą musiały wymyślić nową ramę dla podobnych wydatków — albo pogodzić się z jej brakiem. Na osieroconym gruncie wyrośnie rozwiązanie prostsze i brutalniejsze: ryczałt wliczony w wynagrodzenie albo pełna prywatyzacja kosztów, bez retorycznej nadbudowy. Żegnamy figurę z szacunkiem należnym każdej idei, która była zbyt piękna, by przetrwać zderzenie z logiką własnego domykania się.