Volodymyr Lytvyn, szef Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej, powiedział podczas Europejskiego Forum, że „akcesja do UE to jedyna droga do wzmocnienia bezpieczeństwa i szybkiej odbudowy zniszczeń wojennych” — relacjonuje PAP. Nie program, nie strategia, nie traktat. Droga.
Można było powiedzieć „warunek” — ale to słowo zobowiązuje do listy wymagań i terminarza. Można było powiedzieć „gwarancja” — ale ta nakłada na UE zobowiązania wzajemne, których nikt dziś nie chce artykułować. Można było powiedzieć „cel” — lecz cel jest wystarczająco odległy, by mówić o nim bez pośpiechu. „Droga” nie zobowiązuje do żadnego z tych ciężarów.
Słowo „droga” robi tu dwie rzeczy równocześnie. Po pierwsze, zamienia wynik polityczny w topografię — coś, po czym się po prostu idzie, nie coś, o czym się negocjuje. Po drugie, przymiotnik „jedyna” blokuje każdą debatę o alternatywach: nie ma skrótów, nie ma rozwidleń, nie ma pytania o tempo. Mówca, który sięga po „jedyną drogę”, nie opisuje rzeczywistości — konstruuje korytarz. To język, który ma zakończyć dyskusję, zanim ona wyjdzie poza konsensus obecnych na sali.
W ciągu 24–48 godzin „droga” pojawi się w polskich komentarzach do ukraińskich deklaracji akcesyjnych — jako formuła cytowana i wzmacniana, nie kwestionowana. Jeśli którykolwiek polski polityk lub ekspert zastąpi ją słowem „proces”, będzie to sygnał, że ktoś zaczyna mapować etapy, nie tylko kierunek. Dopóki „droga” dominuje bez „procesu” obok niej, diagnoza pozostaje aktualna: mówca zarządza emocją, nie harmonogramem.