Donald Trump zapowiedział, że Iran „will have to pay the price" za zbyt długie negocjacje — relacjonuje BBC World. Tego samego dnia, dzień po przewidywaniu pokoju, prezydent ogłosił, że USA znów uderzą. W komunikacie Independent dorzucił, że Teheran „gra nimi jak naiwnymi". Słowo „price", w polskim odczytaniu „cena", spina te sprzeczne sygnały w jedną figurę.

Mógł powiedzieć „odpowiedzialność" — to zobowiązywałoby do wskazania winy i procedury jej egzekwowania. Mógł powiedzieć „kara" — to umieściłoby działanie w rejestrze prawa i proporcji. Mógł powiedzieć „konsekwencje" — to sugerowałoby łańcuch przyczynowy, który ktoś musi udokumentować. „Cena" nie zobowiązuje do żadnego z tych ciężarów.

„Cena" przenosi konflikt zbrojny do gramatyki targu. Cenę się ustala, negocjuje, podnosi i obniża — jednostronnie, w zależności od nastroju sprzedającego. Słowo robi za mówcę dokładnie to, czego mówca potrzebuje: usprawiedliwia wahanie. Skoro to transakcja, a nie decyzja, wczorajszy pokój i dzisiejsze uderzenie nie są sprzecznością — to dwa ruchy w tej samej grze cenowej. „Cena" nie wymaga konsekwencji, bo rynek ją z definicji koryguje. Mówca, który mówi „cena", rezerwuje sobie prawo do zmiany zdania bez utraty twarzy.

Słowo wróci w ciągu 48 godzin, gdy uderzenie nastąpi albo zostanie odwołane — w obu wypadkach Trump powie, że Iran „zapłacił" lub „zapłaci więcej". Po stronie Teheranu pojawi się odbicie lustrzane: irańskie MSZ, które już zapowiedziało, że „nie zawaha się" bronić, wprowadzi własny rachunek strat. Diagnozę potwierdzi każda wypowiedź, w której liczba ofiar lub uderzeń zostanie ujęta w kategoriach wymiany. „Cena" zniknie z ust prezydenta dopiero wtedy, gdy negocjacje wrócą do stołu — wówczas zastąpi ją „deal". Zamiana „ceny" na „umowę" będzie sygnałem deeskalacji ważniejszym niż jakiekolwiek oświadczenie o pokoju.