Wsie w bieszczadzkim worku, takie jak Bukowiec, Sianki czy Beniowa, nie istnieją od ponad 70 lat. Zostały po nich tylko zarośnięte fundamenty i ścieżka przyrodniczo-historyczna prowadząca do źródeł Sanu. To wyludniony kraniec Polski, w którym dziś tętni wyłącznie letnia turystyka plecakowa.

We wtorek rano czternaścioro aktywistów wykorzystało lukę w systemie e-PUAP i zameldowało się na pobyt stały na polanie w Beniowej. Cel był prosty: zablokować pobliską wycinkę jako formalnie uznaną społeczność lokalną. Rejestr cyfrowy bezdusznie przyjął współrzędne. Ustawowy rykoszet trafi jednak poza las. Prawo o wykluczeniu komunikacyjnym mówi jasno: miejscowość licząca powyżej dziesięciu mieszkańców wymaga obsługi transportem publicznym. System wygenerował nakaz utworzenia „przystanku na żądanie”.

W czwartek przed świtem na zajezdni w Ustrzykach Dolnych zapadnie cisza. Szesnastu kierowców lokalnego przewoźnika nie odpali silników. Związkowcy zablokują bramę wyjazdową, odmawiając wysłania niskopodłogowego autobusu w sam środek bagna na granicy państwa. Wielkomiejski spór o ekologię zderzy się z wizją urwanej miski olejowej na leśnym dukcie. Wójt spróbuje ratować ustawowy obowiązek, kontraktując traktor z przyczepą jako oficjalną linię zastępczą, byle tylko strajk nie rozlał się na ościenne gminy. Naliczyłem na liście protestacyjnej więcej podpisów z krwi i kości, niż ta wieś widziała ludzi od powojnia.