TVN24 opublikował dziś materiał Jakuba Sobieniowskiego o języku nienawiści w polskim Sejmie. W tytule i rozwinięciu pojawia się sformułowanie „silne brunatne zabarwienie” — użyte wobec słów padających z mównicy sejmowej, w tym wypowiedzi Grzegorza Brauna. Redakcja nie napisała „nazistowskie”, nie napisała „faszystowskie”. Wybrała „brunatne”.
Można było napisać „rasistowskie” — to słowo wskazuje na konkretną kategorię dyskryminacji i otwiera możliwość postępowania prawnego. Można było napisać „ksenofobiczne” — to termin kliniczny, zobowiązujący do definicji obiektu lęku. Można było napisać „ekstremistyczne” — to określenie systemowe, wymagające wskazania organizacji lub programu. Żadne z tych słów nie zostało użyte. „Brunatne” nie zobowiązuje do niczego poza skojarzeniem historycznym.
„Brunatne zabarwienie” to diagnoza przez kolor, nie przez czyn. Kolor odsyła do epoki — do Niemiec lat trzydziestych, do mundurów, do konkretnej geometrii historycznej — ale nie wskazuje sprawcy, nie wymaga dowodu, nie uruchamia procedury. Słowo działa jak skrót: zamienia złożony opis w estetyczną ocenę. Mówca może twierdzić, że ostrzega, i jednocześnie unikać oskarżenia. To jest precyzyjnie ta funkcja: retoryczna intensywność bez prawnej ekspozycji. Redakcja wybiera słowo, które podnosi temperaturę i jednocześnie pozostawia sobie wyjście.
W ciągu 24–72 godzin „brunatne” wróci w komentarzach i odpowiedziach polityków koalicji rządzącej — jako potwierdzenie, nie jako zarzut. Słowo zniknie natychmiast, gdy debata przesunie się na regulację prawną mowy nienawiści: wtedy będzie potrzebny termin precyzyjniejszy. Dopóki trwa faza ostrzegania bez działania, „brunatne” jest optymalnym wyborem.