Zapowiadałem, że w tydzień od nominacji profesorskich Episkopat albo rektor dużej uczelni katolickiej uruchomi ogólnopolską debatę o etosie uczonego i granicach autorytetu, z odwołaniem do sprawy Michała Bilewicza — słowem, że nauka trafi choćby do parafialnego biuletynu. Nie trafiła nigdzie.

To było zwyczajne pudło. Przeceniłem odruch instytucji, która od lat najwięcej mówi wtedy, gdy akurat nic nie mówi, i uznałem ciszę za krótki rozbieg. Tym razem cisza nie była wstępem do listu pasterskiego ani panelu na KUL-u, tylko pełnym komunikatem. Przepraszam czytelników: ambona, jak się okazało, nie miała w tej sprawie nawet odchrząknąć.