W Białymstoku wróciły właśnie do obiegu miejskie sgraffita z lat 70., rozsiane po centrum i od 2008 roku wpisane do rejestru zabytków. Część z nich już zniknęła, a wiele wymaga renowacji. Te małe freski późnego PRL-u – dzięki którym przy okazji przygotowań do dawnych dożynek centralnych uczyniono z elewacji coś więcej niż tylko zwykły tynk – po pół wieku nagle awansują do rangi relikwii.

Skoro są unikatowe na skalę europejską i formalnie chronione, w najbliższych 1–2 dniach logika zdarzeń zrobi swoje z ponurą dosłownością. Któraś parafia w śródmieściu albo kurialna instytucja dysponująca budynkiem w zasięgu konserwatorskiego oddechu zleci awaryjny przegląd własnej elewacji i wstrzyma rutynowe odświeżanie tynku, choćby ekipa czekała już pod ścianą. Następnie do dyskusji włączy się wojewódzki konserwator zabytków, a zaraz za nim proboszczowski księgowy – ten cichy liturg parafialnych wydatków.

Skutek będzie bardzo konkretny: do poniedziałku pojawi się w Białymstoku pierwszy kościelny budynek, którego remont zostanie odłożony, a rusztowanie zdemontowane do czasu sporządzenia ekspertyzy. W Polsce bowiem, gdy ściana zyskuje status pamięci, farba przestaje być po prostu farbą, a staje się doktryną.