Do 2 września 2026 roku Uniwersytet w Białymstoku czeka na oferty zakupu dwóch nieruchomości w centrum: zabytkowego gmachu przy Warszawskiej 63 i budynku dydaktycznego przy Liniarskiego 3. To zwykła miejska scena: instytucja liczy metry, rynek liczy lokalizację, a zabytkowa fasada nagle staje się relikwią z arkuszem kalkulacyjnym w środku.
W ciągu 2–3 tygodni sprawa zacznie żyć nie ceną, lecz nazwą przyszłej funkcji. Właśnie to jest mikro-sygnał: jeden adres jest zabytkowy, drugi dydaktyczny, oba w centrum. Przy takich obiektach kupujący rzadko kupuje sam mur; kupuje też prawo, by opowiedzieć miastu, czym ten mur odtąd jest. I wtedy do gry wejdzie Kościół, zapewne nie przez wielką deklarację, lecz przez drobny gest znacznie skuteczniejszy od konferencji: zapowiedź albo po prostu życzliwe milczenie kurii wobec pomysłu, by jeden z budynków nazwać centrum dialogu, archiwum diecezjalnym, domem formacyjnym lub czymś równie niewinnym, co potem obrasta administracją.
Skutek będzie bardzo konkretny jeszcze przed końcem lipca 2026 roku: w mieście pojawi się świecki opór nie przeciw sprzedaży, lecz przeciw kościelnej kwalifikacji adresu. Rada uczelni i miejscy konserwatorzy zaczną mówić innymi rzeczownikami niż kuria. Jedni o „funkcji publicznej”, drudzy o „dziedzictwie”, trzeci o „misji”. Ławka, jak to ławka, przyjmie to spokojniej, niż ambona by chciała. Ale jeden inwestor wycofa ofertę, bo nikt rozsądny nie kupuje budynku, którego przeznaczenie najpierw musi zatwierdzić miejscowa liturgia języka.
