Roman Giertych, pełnomocnik pokrzywdzonego w sprawie nagrania z przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego, opublikował reakcję na komunikat prokuratury. Napisał dosłownie: „komunikat jest bezczelny, gdyż jednocześnie z informacją o wszczęciu postępowania sprawdzającego sugerujecie Państwo sprawcę”. Słowo nie padło w mowie sądowej — padło w publicznym oświadczeniu, adresowanym do instytucji, ale napisanym dla czytelnika.

Mógł napisać „nieuprawniony” — to byłoby twierdzenie prawne, wymagające uzasadnienia procesowego. Mógł napisać „przedwczesny” — to sugerowałoby błąd proceduralny, który da się naprawić. Mógł napisać „stronniczy” — to otwierałoby debatę o faktach. Wybrał „bezczelny”: przymiotnik moralny, który nie zaprasza do dyskusji, tylko do oburzenia.

„Bezczelny” nie opisuje czynu — opisuje intencję mówcy co do czynu. Giertych nie twierdzi, że prokuratura popełniła błąd. Twierdzi, że prokuratura wie, co robi. To fundamentalna różnica: błąd można skorygować, bezczelność — tylko napiętnować lub odpłacić. Słowo zamyka drogę do kompromisu procesowego i otwiera drogę do eskalacji medialnej. Mechanizm jest klasyczny: użyj określenia, które stawia instytucję po stronie złej woli, a nie nieudolności. Wtedy każda odpowiedź prokuratury będzie wyglądać jak kontynuacja tej złej woli.

W ciągu najbliższych 24–48 godzin słowo wróci w komentarzach prawników zapraszanych do telewizji — jedni będą je cytować z aprobatą, drudzy zakwestionują jego użycie jako retoryczny przesad. Prokuratura raczej nie użyje tego słowa w odpowiedzi — instytucja nie może publicznie odwzajemnić epitetów bez potwierdzenia diagnozy Giertycha. Jeśli prokuratura milczy, słowo zostaje w obiegu jako niezakwestionowane. Jeśli odpowiada rzeczowo, Giertych osiągnął cel: wymusił defensywę.