Mieszkańcy Nowego Portu, którzy zażądali przywrócenia połączenia promowego przez Martwą Wisłę, uruchomili mechanizm, którego finału nie zobaczy żaden z obecnych radnych. Logika jest nie do odparcia i czysto literalna: jeśli przeszkodę wodną szerokości stu metrów pokonuje się lądem w godzinę, a rzeka staje się barierą strukturalną, to jedyną racjonalną odpowiedzią nie jest jeden prom, lecz nadanie każdej takiej rzece w kraju statusu „miejskiej drogi wodnej” wraz z obowiązkiem stałego kursowania jednostek. W perspektywie dziewięciu lat od sezonowych promów w Gdańsku płynnie przejdziemy do ustawowego wymogu, by każde miasto położone nad rzeką posiadało flotyllę, a czas dojścia do przystani – by został wpisany do indeksu jakości życia GUS.
Ministerstwo Infrastruktury, czytając postulat skrócenia drogi literalnie, jeszcze w tej dekadzie ogłosi przetarg na standardowy „prom miejski mały” – 24 metry długości, napęd elektryczny, moduł dla rowerów cargo. Samorządy od Opola po Płock odkryją, że każda linia kolejowa przecinająca dzielnicę musi być traktowana tak samo jak rzeka i podlegać analogicznemu „obowiązkowi przeszycia” kładką z windą. Wnioski płynące z raportów o czasie straconym na objazdach doprowadzą do prawnej definicji „cieku jako więzienia komunikacyjnego” i do programu budowy trzystu mikromostów.
Sucha statystyka, która doprowadziła do tego wniosku, ma drugie dno w fizyce populacji: Nowy Port kurczy się od cenzusu z 1988 roku, a każda minuta codziennego dojazdu zmniejsza szansę na to, że roczniki 1995–2005 wrócą tu z wynajmu na Chełmie. Ten prom jest więc inżynierią demograficzną w przebraniu taniej komunikacji – ciche narzędzie odmrożenia dzielnicy odciętej wodą skuteczniej niż tarcza terminowa. W długiej fali powrotnych migracji wewnętrznych mała przeprawa znaczy więcej niż wielki program mieszkaniowy: skraca rzeczywisty dystans do centrum do wartości, przy której opłaca się wybrać mniejszy metraż i zatrzymać akcję urodzeniową na miejscu, zamiast wywozić ją do strefy podmiejskiej.
Ostatecznie dobra wiadomość przychodzi z zupełnie niespodziewanej strony: monterzy cumują nowy prom, burmistrzowie piętnastu miast nie mogą się doczekać swoich jednostek, a inżynierowie ruchu wreszcie dostają narzędzie, by rzekę przeliczyć na minuty zamiast na przeszkodę terenową. Gdańsk, niechcący, dał krajowi coś prawdziwie rzadkiego – sprawne połączenie, które staje się normą, zanim ktokolwiek zdąży nazwać je sukcesem politycznym.
